Niedawno na Facebooku pokazałam pewnego giganta, z którego powstała kalarepa kiszona na kilka sposobów. Tak, to wielkie warzywo to była kalarepa odmiany Gigant, wyhodowana w naszym ogrodzie. Pod koniec sezonu i na przełomie jesieni i zimy jadaliśmy różne potrawy, wykorzystując nasze ogrodowe kalarepy. A teraz wreszcie wzięłam się za największy okaz, który przechowywałam w spiżarni. Nie mam odpowiedniej wagi, żeby zważyć tego potwora. Zebrana przed przymrozkami, trzymana w zimnej spiżarni bardzo dobrze się przechowuje. Ta konkretna kalarepka była naprawdę wielka. Po oczyszczeniu ze skóry i korzeni uzyskałam jakieś 5 kg surowca gotowego do przetwarzania. Więc ze skórą i przyległościami mogła ważyć nawet 7 czy 8 kg! Ale odmiana Gigant nie drewnieje, nie parcieje i naprawdę dobrze przechowuje się w zimnym miejscu.
Praca z tą konkretną kalarepką nie należała do łatwych. A to dlatego, że bezpośrednio pod skórą znajdowała się warstwa twardego, zdrewniałego łyka. Ale jak już udało się przez nie przebić, to wnętrze było delikatne i smakowite. Wiem, bo sporo podjadałam podczas obierania kalarepy. Mając "na warsztacie" tak duży okaz musiałam szybko wymyślić sposób na jego zagospodarowanie. Pomyślałam, że najprościej będzie to po prostu zakisić. I tak właśnie powstała kalarepa kiszona, w dodatku na różne sposoby. Bo od razu chciałam kilka z nich wypróbować.
Kalarepa kiszona w słupkach - przekąska do chrupania
Skład podstawowy
- kalarepa
- czosnek
- opcjonalnie - koper
- opcjonalnie - kawałek buraka dla koloru
- sól kamienna
- woda
Pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy, gdy "rozbierałam" moje warzywo - a gdyby tak zrobić kalarepkę małosolną? W tym celu pokroiłam kalarepę w słupki o grubości około 1 cm, a następnie poustawiałam je pionowo w słoikach. Na początek w tym największym, który później musiałam dopełniać plasterkami. I w końcu dużym plastrem, który przykrył kiszonkę od góry. Resztę kalarepowych słupków umieściłam w niższych słoikach, lepiej dopasowanych rozmiarem do długości kawałków przeznaczonych do kiszenia. I do każdego słoika dodałam 1-2 ząbki czosnku.
A później wspięłam się na wyżyny matematycznych obliczeń 🙂 Chciałam, aby kiszonka zawierała około 1,5% soli, bo to ma być małosolna kalarepa kiszona. Nie za bardzo słona i nie za bardzo kwaśna, przeznaczona na przekąskę. Mam nadzieję uzyskać fajne słupki do nabierania hummusu lub innych podobnych past. Ideał przekąskowy! W tym celu poukładałam słupki ciasno w słoikach. Do dwóch z nich wcisnęłam również po jednym słupku z podłużnego buraka, bo chciałam uzyskać różowy kolor kiszonki. Część słoików musiałam uzupełnić plasterkami kalarepy, a do jednego nawet wycięłam specjalny krążek, który miał przykryć zawartość słoika. I tak się stało!
Obliczenia matematyczne
Podczas kiszenia można użyć łyżki soli na litr wody. Taką nieprecyzyjną miarę podają nawet autorzy książek o kiszeniu, o zgrozo! Bo co to znaczy "łyżka soli"? Przecież łyżki bywają różne, ja sama mam w szufladzie kilka rozmiarów łyżek. A poza tym - łyżka płaska, z lekką górką, czubata - jaka? Więc zawsze używam wagi, wybacz 🙂 Dlatego po napełnieniu kalarepą zsumowałam objętość wszystkich użytych słoików. Miałam 4 słoiki po 350 ml i jeden o pojemności 750 ml. Po dodaniu tego wszystkiego uzyskałam wartość 2150. Tyle mililitrów kiszonki miałam zrobić. I chciałam, żeby w słoikach zawartość soli wynosiła 1,5%, bo to ma być kiszonka małosolna, jak ogórki latem. W tym celu obliczyłam, ile soli mam użyć do przygotowania solanki: 2150 x 1,5% = 32,25 (w zaokrągleniu 32-33 g soli).
A potem zastanowiłam się i doszłam do wniosku, że nie wiem, ile mam użyć wody do rozpuszczenia tej soli! I co teraz? Wymyśliłam, że na każdy z mniejszych słoików wezmę 100 ml wody, a na ten największy - 200 ml i najwyżej uzupełnię płyn w słoikach w razie potrzeby. Czyli do rozpuszczenia 32 g soli użyłam 600 ml wody. A następnie rozdzieliłam sprawiedliwie tę solankę, używając miarki. W każdym ze słoików znalazł się właściwy procent soli, a w niektórych niedostatek zalewy uzupełniłam wodą z filtra. Wiem, że to się wydaje trochę skomplikowane, ale umysły ścisłe tak mają 😀 Zawsze możesz wziąć czubatą łyżkę soli na litr wody i po prostu zalać kalarepę w słoikach. Na pewno się ukisi. To tylko ja chciałam mieć tak precyzyjnie zrobione. Kończąc temat słupków - napełnione słoiki zakręciłam i postawiłam na tacy, bo zawsze podczas kiszenia odrobina zalewy może wydostać się ze słoika.

Tarta kalarepa kiszona bez zalewy
Resztę mojej kalarepy postanowiłam zakisić bez zalewy, jedynie z dodatkiem soli, czyli tak samo, jak kisi się kapustę. W tym celu obraną kalarepę starłam na dużych oczkach tarki, a następnie przygotowałam trzy warianty kiszonki.
Tarta kalarepa kiszona bez dodatków
Przygotuj ją tak samo, jak kiszoną rzepę, o której pisałam tutaj (klik). W tym celu 1 kilogram startej kalarepy wymieszaj z 20 g soli. Posoloną kalarepę włóż do większej miski i wymieszaj dokładnie, zgniatając dłonią, a następnie przykryj ściereczką na 2-3 godziny. Czyli na czas, w którym kalarepka powinna puścić sok. Zmorzoną kalarepę włóż do litrowego słoja i ubij tak samo, jak kapustę podczas kiszenia. Słoik zamknij, odcinając dostęp tlenu. Niech się kalarepa spokojnie kisi przez tydzień lub nieco dłużej. A następnie postaw słoik w chłodnym miejscu, na przykład w lodówce lub w zimnej spiżarni.
Kalarepa kiszona z marchewką
Po starciu na tarce i zakiszeniu całego kilograma jak wyżej - zostało mi jeszcze jakieś 1700 g kalarepy do zagospodarowania. Postanowiłam dodać do niej 300 g marchwi, bo marchew bardzo dobrze komponuje się z kalarepą. No i tym sposobem uzyskałam 2 kg warzyw do kiszenia, a taka okrągła liczba bardzo ułatwia wszelkie obliczenia. Do 2 kg kalarepy z marchwią dodałam 40 g (2%) soli kamiennej z Kłodawy i wymieszałam dokładnie. Przykryłam ściereczką i zostawiłam na blacie na 2 godziny. W tym czasie warzywa puściły nieco soku. Wypełniłam nimi słoik 0,9 litra, ubijając muddlerem kolejne warstwy tak długo, aż kiszonka pokryła się płynem. Zakręciłam słoik i postawiłam na tacy tuż obok słoików ze słupkami z kalarepy.
Dodatek buraka
Miałam już nastawioną podstawową kiszonkę z kalarepy oraz kalarepkę kiszoną z marchewką. I na tym etapie postanowiłam dodać coś jeszcze - a mianowicie buraka. W tym celu do pozostałej zmorzonej kalarepy z marchwią dorzuciłam jednego (160 g) tartego buraka. Tutaj już nie uzupełniałam soli, ponieważ uznałam, że kalarepa kiszona z marchwią i burakiem będzie wystarczająco słona. Warzywa włożyłam do słoików, ubiłam, zakręciłam słoje i postawiłam na tacy. Na tej samej tacy, na której stawiałam wszystkie wcześniejsze słoiki. Bo taca jest potrzebna na wypadek wycieku podczas burzliwej fermentacji, która zawsze może się zdarzyć.
Cieszę się, że moja największa kalarepa została wreszcie zagospodarowana. Kiszonki są zawsze najlepszym rozwiązaniem w przypadku aż tak dużego warzywa. Mam jeszcze kilka mniejszych zimowych kalarep i postaram się stopniowo pokazywać moje sposoby na ich wykorzystanie. Bo ja używam ich bardzo często, tylko nie zawsze mam czas na pisanie o tym 🙂
Wszystkie słoiki zakręciłam i postawiłam na tacy. Z niektórych wyciekło trochę zalewy, ale to nic, bo właśnie po to używam tacy. Dzięki niej solanka nie zalewa mi mieszkania 😀 Podczas kiszenia nie otwieram słoików, a nawet ich nie uchylam, jak niektórzy zalecają, niby w celu upuszczenia nadmiaru gazów. Ale nie ma takiej potrzeby, bo zakrętki nie są aż tak szczelne, żeby słoiki miały szansę wybuchnąć. Nic nie wybuchnie, bez obaw. Po trzech dniach (kisiłam w czwartek, a poniższe fotki zrobiłam w niedzielę) kalarepa kiszona wygląda tak:
I to wszystko powstało z jednej kalarepy, aż trudno uwierzyć, prawda? Już za momencik zaczniemy próbować. Mam nadzieję, że to będzie smaczna kiszonka.
Spróbowaliśmy i tak, jest smaczna! Po 4 dniach od nastawienia kiszonki wyniosłam słoiki do zimnej spiżarni.





















Hajduczku, teraz przeszukam sklepy (albo internety) za tą odmianą! Bo to musi być przepyszne, taka kiszona kalarepka! W Słowenii kiszą rzepę, ale jest bardziej ostra i mnie potem długo leży w żywocie 😀 A moje kalarepki (które nie zostały pożarte za młodu) parcieją i/albo drewnieją... dzięki!
Warto zasiać tę odmianę, znam ją przynajmniej od 20 lat. I podobno jest to odmiana ustalona, więc możesz 1-2 rośliny zostawić w gruncie do przyszłego roku i zebrać własne nasiona. I tak już zawsze, do końca świata i jeden dzień dłużej 🙂 Czyż to nie jest dobra wiadomość? Ja się dowiedziałam dopiero teraz, więc nie mam jeszcze własnych nasion.
Hajduczku! Ten Gigant to jakaś rewelacja! Jest połowa sierpnia, po "normalnych" kalarepach nie zostało śladu (a te, co jedliśmy w lipcu już drewniały, bo było sucho). A gigant stoi, rośnie i jest pyszny! Niemal wcale nie zdrewniały! I bardzo smaczny. Te ostatnie potwory 2 kilowe to zostawię na zimę. Dziękuję ci z całego serca, bo sama bym na tę odmianę nie wpadła :-*
Bardzo się cieszę, że Ci rośnie, bo naszą coś zjadło w lipcu. W sensie - liście zjadło, a jak nie ma liści, to roślina się męczy. Chyba będziemy jeszcze dosiewać, jak będzie długa jesień i późna zima, to zdąży urosnąć.
Kochany Hajduczku! Właśnie jestem w Słowenii u Martika. Swatowie domagają się wiosennej dostawy nasion dla całej wsi, bo nikt tu jeszcze takiej zarąbistej kalarepy nie widział (bo dałam córce parę nasion na wiosnę i teraz wycieczki chodzą oglądać - a wybrani smakować - tego Giganta). Podziękowania stokrotne - Marzynia, Martik i rodzina z Vojska.
O, jakże się cieszę, że "moje odkrycie" dotarło aż do Słowenii! Niestety, w tym roku nie mam kalarepek, bo zmarniały w lecie, zjedzone przez niezidentyfikowanego szkodnika. No cóż trudno, tak to bywa w ekologicznym ogrodzie...
Pozdrów Martika i całą rodzinę z Vojska 🙂