Bieszczady

Moje ukochane Bieszczady, na nieszczęście tak daleko od nas, czyli opowiem Ci bajkę z okazji okrągłej rocznicy. Połowa sierpnia to dla mnie przepiękne wspomnienie wakacji w Bieszczadach. Byłam tam tylko dwa razy w życiu. Po raz pierwszy i na pewno najważniejszy  - w sierpniu 1985 roku, czyli 40 lat temu, na wakacjach z plecakiem. Więc teraz to naprawdę okrągła rocznica! Ale nie byliśmy na jakichś tam zorganizowanych wakacjach – o nie, to nie dla nas, bo my zawsze lubiliśmy wyzwania! Wtedy, po tamtych wędrówkach z ciężkim plecakiem, obiecałam sobie, że jeszcze tam wrócę, lecz z przyczepą campingową. Bo Bieszczady były naprawdę przepiękne, ale w tamtych czasach bardzo trudne dla turysty.

lilia złotogłów

Tak bardzo dały mi w kość warunki bytowe w latach 80-tych! I rzeczywiście, po 12 latach udało nam się wrócić w Bieszczady z małą przyczepą, dwojgiem dzieci, namiotem dla młodych i psem. Bo wtedy jeszcze można było wprowadzić psa do Bieszczadzkiego Parku Narodowego. A 1997 to był rok wielkiej powodzi, o której nie mieliśmy pojęcia, bo wówczas w Bieszczadach nie było żadnego zasięgu, choć miałam telefon komórkowy, taką wielką cegłę! Moja Mama w Poznaniu umierała z niepokoju, a my tymczasem pływaliśmy sobie żaglówką po Zalewie Solińskim.

Zalew Soliński

Ale wróćmy do roku 1985. Dotarliśmy w Bieszczady z całym dobytkiem w plecakach, po wielu przygodach, ostatnim autobusem z Ustrzyk Dolnych do Górnych. Trafiliśmy na pole namiotowe nad potokiem Wołosate. W górze rzeki funkcjonowały jeszcze ze dwa biwaki, a my z tego potoku czerpaliśmy wodę i do gotowania, i do mycia zębów. Wpadłam tam ponownie po 12 latach, w 1997 – została dzika łąka! Nie mam zdjęć z tamtego wyjazdu, bo byliśmy tylko zwyczajną młodzieżą z plecakami. Kto by tam miał aparat fotograficzny, że o telefonie z Internetem nie będę wspominać! Więc dziś jako ilustrację tamtych wakacji zamieszczam zdjęcia z Internetu, z portalu Pixabay.

Bieszczady

Bieszczady - moja wyprawa do miasta po chleb i inne wiktuały

W naszej młodzieżowej samozwańczej grupie ustalono dyżury – jedna para zawsze zostawała w namiotach, gdy reszta szła w góry. Bo trzeba było pilnować bezcennego dobytku - tych namiotów, materaców, karimat i śpiworów. Ci, którzy zostali, mieli obowiązek zrobić podstawowe zakupy dla całej grupy – chleb, ser, jakieś smarowidło do chleba, co tam udało się zdobyć. Hitem był dżem ananasowy! Kiedy przypadł nasz dyżur, do sklepu w Ustrzykach Górnych nie dowieziono w południe chleba. Nikt nie wiedział, czy jeszcze dojedzie. Jako obowiązkowa wielkopolanka wsiadłam więc do autobusu z workami od śpiworów zamiast siatek na zakupy i pojechałam do Ustrzyk Dolnych (to chyba jakieś 40 km). Mój narzeczony został na polu biwakowym, żeby dopilnować namiotów.

Bieszczady

Bieszczadzki autostop

W dużym miejskim sklepie bez problemu kupiłam chleb (było nas kilkanaście osób, więc zapobiegliwie nabyłam aż 4 bochenki po 1,5 kg każdy, a potem przez dobrych parę dni jedliśmy grzanki z dżemem), masło (chyba to było masło, albo jakaś margaryna do smarowania), bryndzę, trochę owoców i takie tam różności. Autobusu powrotnego nie było, a ja miałam ciężkie worki od śpiworów wypełnione zakupami, stanęłam więc „na stopa”. Zatrzymała się taksówka wioząca klienta do Lutowisk i zabrali biedne dziewczę z ciężkimi worami – ważyłam wtedy nie więcej niż 45 kilo…

bieszczadzkie połoniny

W Lutowiskach nastąpił koniec podróży, bo miałam tam zapolować na następnego „stopa”. Na wszelki wypadek poszłam na przystanek autobusowy, ale spoglądałam, czy nie jedzie jakiś samochód. Dziś trudno w to uwierzyć, ale przez 2 godziny nie przejechał ani jeden!

bieszczadzkie wakacje

Uprzejmość ratuje mi skórę!

Tymczasem zagadnął mnie jakiś pan miejscowy, też czekający na autobus. Okazało się, że jako dziecko został wraz z rodzicami wysiedlony z tamtych stron w ramach pacyfikacyjnej akcji "Wisła". Przeczytaj o niej koniecznie! Ja, jako absolwentka klasy humanistycznej w renomowanym liceum, miałam niejakie pojęcie o tej akcji, ale dziś wydaje się, że niewiele osób o niej słyszało. A jednak wypada wiedzieć! Pan z rodzicami trafił właśnie do Wielkopolski, którą dobrze wspominał, znaleźliśmy więc wspólne tematy. Na szczęście później udało mu się wrócić w jego ukochane Bieszczady.

konie huculskie

Nie bardzo chciałam angażować się w rozmowę z obcym facetem, ale ta uprzejmość uratowała mnie przed katastrofą. Bo gdy wreszcie nadjechał ostatni tego dnia autobus do Ustrzyk Górnych, pan pociągnął mnie kilkaset metrów za przystanek autobusowy. Okazało się, że PKS wcale nie zatrzymał się na przystanku pełnym turystów, ale dopiero przy grupce miejscowych, w której i ja się znalazłam. Gdy wsiadaliśmy do pojazdu, otrzymałam od obcego człowieka (z którym wcześniej trochę uprzejmie pogadałam) najważniejszą rekomendację – „ta pani jest ze mną”. Inaczej nie udałoby mi się wsiąść do autobusu! Tak wyglądały Bieszczady w tamtych czasach - turyści mieli chodzić, a nie jeździć autobusami. Ech!

bieszczadzkie szlaki

Moje Bieszczady - ostatni wielki stres

Na koniec zafundowałam narzeczonemu jeszcze jeden wielki stres. A mianowicie ubłagałam kierowcę, żeby zatrzymał się przy bramie pola namiotowego, bo nie chciałam dźwigać ciężkich zakupów od przystanku. Nie pamiętam, jak to było daleko, ale bardzo długo się szło, więc pewnie ze 2 kilometry. A tam, przy bramie, wcale nie było przystanku, więc to była wielka uprzejmość ze strony kierowcy! Tymczasem J. wyszedł po mnie na prawdziwy przystanek w Ustrzykach Górnych. Możesz sobie wyobrazić, jak on się przestraszył, gdy nie wysiadłam z autobusu! Dziś już na szczęście nie pamięta traumy, którą mu wtedy zafundowałam.

Bieszczady

Ach, jakie to były piękne i ciekawe czasy, jakie fajne przygody! Co byśmy teraz wspominali, gdyby nie malownicze lata 80-te?

konie huculskie

PS. W plecaku przytargałam do Poznania 2 słoiki dżemu ananasowego dla mojej Mamy, bo u nas nie było takich rarytasów. A Mama uwielbiała ananasy!

dżem ananasowy

PSS. Bieszczady wspominam z wielkim sentymentem, choć w tych studenckich czasach nie mieliśmy możliwości popróbować lokalnych przysmaków. Nie wiem nawet, czy w połowie lat 80-tych były dostępne jakieś regionalne dania, bo i tak sięgaliśmy raczej po to, co najtańsze, czyli po herbatę, bigos, fasolkę po bretońsku i lokalną oranżadę.

konie huculskieBieszczadyBieszczady - szlak turystyczny

Ale dziś chętnie próbuję smacznych dań z bliższych i dalszych okolic Bieszczad. Koniecznie spróbuj kuchni karpackiej, np.:

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/fuczki-lemkowskie-tanie-danie-kuchni-bieszczadzkiej/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/moskole/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/nalesniki-z-mloda-kapusta/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/paprykarz-z-grzybow/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/zupa-karpacka-kiszonym-ogorkiem/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/golabki-bieszczadzkie-z-dodatkiem-bryndzy/

https://www.hajduczeknaturalnie.pl/huculska-kulesza-mamalyga-bryndza/

huculska kulesza - mamałyga z bryndzą

4 odpowiedzi “Bieszczady”

  1. Niezwykle rzadko piszę komentarze, ale przy okazji tego wpisu się skuszę. Bardzo lubię ten blog, czytam go od ponad roku. Hajduczek ma lekkie pióro, super pomysły na różne dania, nieraz wykopywane ze starych książek kucharskich. Wszystko jest przedstawione estetycznie, ładną polszczyzną, bez zbędnych głupot i lansu. A ten wpis to nostalgia w czystej postaci. Aż mi się łezka w oku zakręciła (pomimo że na początkowych wyprawach nie było mnie nawet na świecie, to wiem jak ostatnio Bieszczady zmieniły sie i nie jest to zmiana na lepsze...).

    1. Dziękuję za ten piękny komentarz. Teraz już chyba w Bieszczady nie pojadę, nie ta kondycja, co kiedyś. Dobrze więc, że widziałam dzikie, piękne góry, zanim zaludniły się szlaki...

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *