Wczorajszego popołudnia mieliśmy w domu akcję "ratujmy wróbelki". Pamiętacie kampanię społeczną "Ratujmy Maluchy"? Chodziło o to, żeby sześcioletnie dzieci uchronić przed strasznym złem, jakim jest pójście do szkoły. Prawdę mówiąc - nie popierałam tej akcji, bo nie uważam, żeby w szkole działa się większa krzywda dziecku sześcioletniemu niż siedmioletniemu. O ile w ogóle jakaś krzywda się dzieje. W wielu krajach dzieci zaczynają szkolną edukację wcześniej nawet, niż w wieku 6 lat i jakoś tamte społeczeństwa nie protestują. Czy tym maluchom dzieje się krzywda? Nie sądzę. Dzieci lubią uczyć się nowych rzeczy, trzeba tylko zadbać o odpowiednie warunki do tej nauki.
Wyleciał z gniazda. I co dalej? To sprawa życia i śmierci. Ratujmy wróbelki!
Decyzja rodziców
Teraz to rodzicom dano prawo do decydowania o tym, czy do szkoły poślą swoje dziecko w wieku sześciu, czy siedmiu lat. Strach przed edukacją jest tak wielki (dlaczego???), że większość opiekunów postanowiła pozostawić 6-letnie dzieci w przedszkolach i "zerówkach". Czego one będą się tam uczyć drugi rok z rzędu? Czy ktoś o tym pomyślał? Będzie nuuuda! To tak, jakby musiały powtarzać klasę! Tymczasem w szkołach powstał kompletny chaos. Nie ma pracy dla nauczycieli, którzy mieli objąć opieką pierwsze klasy, bo klas tych będzie bardzo mało. W przedszkolach za to nie ma miejsc dla młodszych dzieci, bo zostaną w nich sześciolatki. Co robić?
Wiem, że większość rodziców jest zadowolona z danego im wyboru. I choć nie odmawiam rodzicom prawa decydowania o losie swoich dzieci, nie jestem pewna, czy wszyscy na pewno wiedzą, co naprawdę jest dobre dla ich pociech. Bo w poprzednim systemie można było łatwo "wyreklamować" z obowiązku szkolnego sześciolatka, o którym opiekun wiedział, że na pewno nie dorósł do szkoły. Dlaczego rodzice tak bardzo nie wierzą w potencjał i możliwości swoich dzieci? Niemożliwe, żeby prawie wszystkie dzieci sześcioletnie były aż tak niedojrzałe! Tym bardziej, że nie muszą "rywalizować" z siedmiolatkami, jak to być może miało miejsce podczas okresu przejściowego, gdy do pierwszych klas uczęszczały dzieci sześcio- i siedmioletnie. Teraz miały być w klasach pierwszych tylko młodsze, więc poziom byłby nareszcie wyrównany. I co z tego? I nic. Cofnęliśmy się do czasów PRL-u, zamiast kroczyć w przyszłość z wiarą i podniesionym czołem.
Ptasie dzieci
Ale nie o szkole miałam dziś pisać, tylko o rodzicach i dzieciach w zupełnie innym kontekście.
Wygląda na spokojnego, ale w malutkiej piersi serce kołacze się w szaleńczym tempie. Co robić? Jak mu pomóc? Jak go uratować?
Przechodziłam właśnie przez podwórko, gdy z gniazda między deskami na piętrze wyfrunął młody wróbelek. Pewnie chciał spróbować lotu, bo skrzydełka już opierzone, ale umiejętności było mniej, niż determinacji. I oto młodziak pięknie wylądował prawie u moich stóp.
Ta maleńka szara plamka to właśnie nasz wróbelek, zagubiony w rozległej, nieprzyjaznej przestrzeni, bez szans na przeżycie, łatwy łup dla kotów i palącego słońca. Widok z ławeczki. I właśnie w tej chwili usłyszałam kwilenie drugiego ptaszka...
Gdyby mieszkał gdzieś na drzewie, może udałoby mu się wylądować na pobliskiej gałęzi i jakoś wrócić do gniazda. Ale z kostki brukowej w górę nie da się wystartować, gdy jeszcze nie umie się latać! Przysiadłam na chwilę na ławeczce, żeby pomyśleć. Co powinniśmy zrobić? Gdy tak siedziałam, usłyszałam kwilenie jeszcze jednego maleństwa, które przycupnęło pod samym murem domu. Ratujmy wróbelki! Ale jak?
Rodzice obserwowali akcję gdzieś z tego gąszczu - słychać ich, ale nie widać!
Ratujmy wróbelki - akcja start!
Pobiegłam po J., który pracował w pasiece, kazałam mu pilnować maluchów, a sama pospieszyłam sypnąć karmy i wlać świeżutkiej serwatki kotom. Chciałam, żeby zajęły się swoimi miskami, a nie małymi ptaszkami. Zabrałam też z domu rękawiczki, żeby nie dotykać maleństw gołą ręką. I tak nie jestem pewna, czy rodzice ich nie odrzucą, ale gdyby pachniały człowiekiem - nie miałyby żadnych szans.
Mam nadzieję, że rękawiczka wystarczy, że rodzice ich nie odepchną. Bardzo chcemy im jakoś pomóc. A tylko tak umiemy...
J stanął na wysokości zadania, czyli na szczycie drabiny i kolejno umieścił ptaszki w pobliżu gniazd (jest ich chyba więcej niż jedno). Pierwszy, ten z podjazdu, który tak odważnie przyciągnął moją uwagę, natychmiast wskoczył do gniazda. Ten drugi okazał się być młodszym, jeszcze mniej opierzonym, postawiony w otworze usiadł tam i zastygł. Deska została założona i nie wiemy, czy otrząsnął się z tego oszołomienia. Był na pewno bardziej zmęczony, bo wyleciał z gniazdka wcześniej, nie wiadomo, jak długo siedział na ziemi. Schowany był całkiem udatnie - gdyby nie kwilił, nigdy bym go nie znalazła!
Pierwszy ptaszek szybko wskoczył do gniazda
Drugi wymagał więcej czasu i cierpliwości
Tak to akcja "ratujmy wróbelki" została zakończona, mam nadzieję, że z sukcesem. Nie wiem, czy zrobiliśmy to dobrze, ale nie mieliśmy lepszego pomysłu ani innych możliwości. Na razie nikt nie został wydalony z gniazda. Trzymajcie kciuki, żeby ocalonym ptaszkom się powiodło!
Po kilku chwilach deska została przybita i dom wygląda tak. A kto siedzi na parapecie?
Mama czy tata? J. mówi, że to ojciec. W każdym razie rodzic, mam nadzieję, że zadowolony z naszej interwencji.










Dorotko, bardzo trzymam kciuki. Ostatnio u nas były "pierwsze loty" sójek: najpierw kątem oka zaobserwowałam, jak jeden pisklak opadł na ziemię. Innym udało się utrzymać na gałęziach. Tego, co spadł, posadziłam wysoko na gałęzi i dalej toczyła się nauka latania. Dorosłe sójki robiły przy tym sporo zamieszania, bo wokół kręciły się koty.
Na razie wszystko dobrze, nikt nie został wyeksmitowany z gniazda. Wygląda na to, że wszystko się ułoży. Ale kciuki możesz trzymać, tak na wszelki wypadek!